Podczas pierwszej edycji festiwalu odbył się panel dyskusyjny pod powyższym hasłem. Nad tym osobliwym spotkaniem unosiły się opary kaca oraz wątpliwości. 

Dlaczego kac?

Kac towarzyszy chyba festiwalom każdej branży. Kiedyś pracowałem przy kilku edycjach koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film, co wiązało się z bezustannym kacem i chronicznie ciepłymi uszami (gdy jestem niewyspany, mam ciepłe uszy).

Dlaczego wątpliwości?

 Wątpliwości, bo to był pierwszy raz. I jak to często bywa z pierwszymi razami – nie mogło być rewelacyjnie. Niedziela, godz. 13:00. Warszawa przeżywa o tej porze kongenialnego kaca (stolica to miasto-melanż, ilekroć tam jestem, mam ciepłe uszy). 

Najprawdopodobniej pora wydarzenia wpłynęła na frekwencję. Jestem przekonany, że w tym roku będzie pełna sala. Za chwilę wymienię, kto uczestniczył w dyskusji i ten, kto w niej nie uczestniczył – ze strony publiczności – pożałuje, że tego nie robił.

Wymieniam z pamięci i mniej więcej wg klucza własnych sympatii. W kolejności od tych, z którymi w tym grajdołku trzymam się najmocniej do tych, z którymi łączy mnie jedynie fakt bycia komediantem.

Podziały w środowisku stand-upowym są jak ciepłe uszy przy festiwalach każdej branży; nieodzowne. 

W panelu moderowanym przez Katarzynę Piasecką udział wzięli: Abelard Giza, Kacper Ruciński, Antoni Syrek-Dąbrowski, Sebastian Rejent, Wiolka Walaszczyk, Piotrek Szumowski, Rafał Banaś, Olka Szczęśniak, Lotek, Karol Modzelewski, Kamil Ozimiński, Rafał Pacześ, Patryk Czebańczuk, Piotr Złydach. 

Zresztą temat podziałów był podczas dyskusji poruszany. 

Pojawił się również wątek definicyjny. Sposób poruszenia tego wątku delikatnie mnie wkurwił. Wtedy to olałem, bo miałem ciepłe uszy i chciałem się jeszcze trochę przespać. Wyjaśniłem tylko, dlaczego wziąłem się za stand-up. 

Wyłuszczę tutaj pokrótce, dlaczego wziąłem się za stand-up i co mnie wkurwiło w sposobie poruszenia wątku definicyjnego. A potem zakończę ten przydługi tekst, pożegnam się i zaproszę do lektury kolejnego.

Stand-up może otwierać umysły i zmieniać podejście do egzystencji. Jest ćwiczeniem intelektualnym, proponującym ekstremalną gimnastykę myślową odnośnie dowolnej tematyki. 

Z racji szczerości stroni od podwójnych standardów moralnych, identyfikuje wszelkie przejawy hipokryzji w życiu społecznym oraz igra z kanonami politycznej poprawności. 

Lubię coś, co nazywam stand-upem opinii, polegającym na wyrażaniu stanowisk i koncepcji rzeczywistości, a także prezentowaniu obserwacji, ale niebanalnych, niepolegających na konstatowaniu, że pasażerowie tramwajów często śmierdzą. 

Lubię obserwacje dotyczące stosunków międzyludzkich. Obserwacje psychologiczne, lecz nie te spłycone i zerżnięte z dowcipów o uciążliwych żonach oraz teściowych. Trudno sprostać moim wymaganiom. Przykro mi. 

Na usprawiedliwienie przyznam, że sam wobec siebie mam bardzo wysokie wymagania. I wkurwia mnie, jak ktoś mówi, że nie należy przykładać wagi do obostrzeń genologicznych, bo „nieważne są etykietki”. 

Podczas panelu zirytował mnie Wojtek Tremiszewski, który siedział na widowni i najwyraźniej miał dosyć dyskusji. Popularny „Termos”, swoim tubalnym głosem, uciął dyskusję wnioskiem, że nie ma co dyskutować, trzeba „robić sztukę”. 

Zawtórował mu Antek Syrek-Dąbrowski, który chyba był już głodny. Ja też byłem, ale teraz, po kilu miesiącach zastanawiam się, po chuj w takim razie siedziałem tam przez blisko dwie godziny z ciepłymi uszami?

Jedno jest pewne – w tym roku to powtórzymy. Postaram się zadbać o mniejszą temperaturę uszu i będę liczył na bardziej gremialny udział mieszkańców skacowanej stolicy. Tymczasem kończę ten przydługi tekst, żegnam i zapraszam do lektury kolejnego.

 

Całuję rączki i uszy,

Jacek Stramik